Praca „na roli” od zawsze była dla niego czymś, bez czego nie wyobraża sobie życia. Nie przeszkadza mu jednak realizować swoich pasji. O tym, jak rajdy samochodowe pogodzić z pracą w gospodarstwie rolnym rozmawiamy z Andrzejem Pauperowiczem z Nowej Karczmy.

Naszym narzędziem pracy jest ziemia. Od małego miałem wpajane, że trzeba o nią dbać – mówi Andrzej Pauperowicz Fot. Tomasz Miroński

Wychowałeś się na wsi. Nie miałeś ochoty uciec do dużego miasta?

– Nigdy. Chęć do zajęcia się rolnictwem wzięła się chyba u mnie z tego, że nie bałem się pracy w gospodarstwie. To rodzice nauczyli mnie pracy, a teraz to owocuje. Potrafię większość zadań przejąć na swoje barki i choć mam sporo obowiązków, to nie narzekam. Dzięki rodzicom nasze gospodarstwo bardzo dobrze funkcjonuje i jest jednym z lepszych w województwie. Na samym początku miało zaledwie 13 hektarów, teraz mamy ich 1000. W momencie przełomowym, gdy powiększaliśmy areał bardzo nas wspierał mój świętej pamięci wujek Tadeusz Pauperowicz. Był dyrektorem w Państwowym Gospodarstwie Rolnym i inżynierem rolnictwa. Pomagał mojemu tacie przestawić się, by mógł podołać obowiązkom pracy na 500 a potem na 960 hektarach. Na początku mój tato pracował wspólnie z sąsiadem. Później stopniowo przybywało maszyn w gospodarstwie i poszedł swoją drogą. Powstało gospodarstwo rodzinne i tak funkcjonujemy do dziś. Oprócz mnie pracuje w nim siostra i brat.

I podobnie jak wujek Tadeusz jesteś inżynierem rolnictwa.

– Tak. Nigdy nie miałem też wątpliwości, że będę studiował rolnictwo. Wiele osób na roku było na tym kierunku z przypadku. Myśleli, że z łatwością skończą studia. Później okazało się, że z siedemdziesięciu osób do końca studiów dotrwało trzydzieści. Chciałem studiować zaocznie, żeby pracować w gospodarstwie. Jednak mój ojciec przekonał mnie do dziennego studiowania. Miał rację. Nie ma co ukrywać, studia dzienne dają większe możliwości. Zdobyta na studiach wiedza bardzo mi się przydaje. To dobre podstawy, które teraz rozwijam.

W czym specjalizuje się Wasze gospodarstwo?

– Głównie w produkcji roślinnej. Naszym narzędziem pracy jest ziemia. Od małego miałem wpajane, że trzeba o nią dbać. Stosować odpowiedni płodozmian, gatunki roślin uprawnych oraz nawożenie organiczne, które zapewnia ziemi optymalną ilość próchnicy. Dzięki temu susze, które ostatnio są dużym utrapieniem dla rolników, są w naszym gospodarstwie dużo mniej odczuwalne. Intensywna eksploatacja ziemi potrafi się bardzo szybko zemścić. Gdy ktoś sprzedaje słomę z pola i stosuje niewłaściwy płodozmian, niech się nie dziwi, że po kilku latach takiej działalności zaczynają się problemy. Zdegradowanej gleby nie odbudujemy w ciągu jednego roku. To proces, który trwa nawet kilkanaście lat.

Twoja praca została ostatnio doceniona, wraz z żoną byłeś starostą gminnych dożynek.

– Bycie starostą na dożynkach to wielkie wyróżnienie, dlatego z zadowoleniem przyjęliśmy propozycje pani wójt. To też ciekawe doświadczenie, tym bardziej, że bardzo wysoko oceniam pracę naszego urzędu gminy. Nawet na dożynkach powiedziałem, że z przyjemnością płacę podatki, bo widzę, że te pieniądze są dobrze wykorzystywane. Uważam, że pani Bożena Olszewska-Świtaj jest znakomitym gospodarzem naszej gminy. Jest bardzo operatywna, skupiła wokół siebie bardzo kompetentnych ludzi. Trafionym pomysłem jest budowa uzdrowiska w naszej gminie. Widać, że pani wójt ma pomysł na jej rozwój.

Jesteście prekursorami w uprawie roślin strączkowych, zwłaszcza bobiku. Skąd zainteresowanie tymi roślinami?

– Bobik uprawiamy w gospodarstwie prawie od dziesięciu lat. W 2006 roku weszliśmy w pakiet rolno-środowiskowy, co wymusiło na nas uprawę poplonów. Wszyscy podchodzili do nich ze sporym dystansem, a wiele problemów bierze się z tego, że gospodarstwo ma niewłaściwie ustawiony płodozmian. My podchodzimy do tego bardzo poważnie. Chyba jako jedni z pierwszych w regionie wprowadziliśmy do płodozmianu facelię. Wiąże się z tym dość zabawna historia. Jej nać jest podobna do marchewki. W pierwszym roku sąsiedzi mówili, że posialiśmy 100 hektarów marchewki. My jednak wiedzieliśmy, że taki poplon robi dobrą robotę. Naturalną koleją rzeczy było wprowadzenie do płodozmianu bobiku, który na naszych terenach był z powodzeniem uprawiany 30-40 lat temu. Ta roślina jest bardzo stabilna w plonowaniu i doskonale przygotowuje stanowisko pod siew pszenicy. Po rzepaku pszenica dobrze plonuje przez rok. Po bobiku można ją z powodzeniem siać nawet przez dwa lata. Uważam, że siew bobiku to po prostu dobry „interes” dla gleby jak również kieszeni rolnika.

Jesteś też członkiem Kastra Agroport. Co spowodowało, że przystąpiłeś do tej organizacji?

– Od dawna wiedzieliśmy, że duży może więcej. To dlatego założyliśmy własną grupę producencką i po namowie Rafała Banasiaka (prezesa klasta – przyp. red.) przystąpiliśmy i do Agroportu. Wspólnie z Rafałem zajmujemy się skupem płodów rolnych i wyznajemy zasadę, że małych dostawców traktujemy na równo z dużymi gospodarstwami, negocjujemy dobre ceny dla nas wszystkich. Gdy proponujemy mieszalniom pasz większe partie nasion, to od razu mamy inną pozycję negocjacyjną. Inaczej nas traktują, gdy proponujemy 500 ton bobiku, a inaczej gdy jeden samochód. Dodatkowo nasz rząd oraz Unia Europejska promują produkcję rodzimych źródeł białka. Liczymy na dotacje z tego tytułu. Poza tym to dobra droga, żeby uniezależnić się od soi, która to w 95 procentach jest uprawą genetycznie modyfikowaną.

Oprócz rolnictwa masz dość ciekawą pasję. Jak to się stało, że zacząłeś jeździć w rajdach samochodowych?

– Zacząłem i do tej pory jeżdżę razem z siostrą Eweliną, która jest moim pilotem. Muszę przyznać, że bardzo dobrze sobie radzi w tej roli, nie jeden facet miał by miękkie nogi od samej jazdy na szutrze a Ona jeszcze bezbłędnie dyktuje trasę. Jeździmy od pięciu lat subaru imprezą, który praktycznie sam zbudowałem. Marzyłem o tym aucie od czasu, kiedy Krzysztof Hołowczyc zdobył na nim tytuł mistrza Europy. Aut rajdowych nie kupuje się w salonie. Trzeba przebudowę komuś zlecić lub wykonać samemu. Wolałem tę drugą opcje. Często po zejściu z ciągnika wsiadam do rajdówki lub idę do warsztatu, jednak gospodarstwo jest zawsze priorytetem: jeździmy tylko, gdy mamy na to czas i wszystkie prace w gospodarstwie są wykonane.
Staram się pogodzić obowiązki głowy rodziny, pracy w gospodarstwie ze swoimi pasjami, często jest to bardzo trudne zwłaszcza w żniwa i siewy. Ale tu mam duże wsparcie Żony Joanny, która wspiera męża w jego wyzwaniach.

Jak znajdujesz na to siły?

– Lubię swoją pracę i nie traktuję jej jako przykrego obowiązku. Inaczej nie można pracować w tej branży. Praca w rolnictwie to styl życia, nie można wyjść jak z biura i o niej zapomnieć. Praktycznie przez większość dnia pracujemy lub myślimy o pracy, mamy plany na najbliższe 10-15 lat. Gdy się tego nie lubi, to nie ma sensu się tym zajmować. Rolnictwo jest sztuką popełnienia jak najmniejszych błędów, a ucząc się na nich staramy się uchronić gospodarstwo przed nieprzewidzianymi wydarzeniami.

Dziękuje za rozmowę.

Tomasz Miroński